Minęło 21 niezwykle zimnych zachodów słońca od czasu kiedy o ACTA usłyszałem po raz pierwszy. Był to jeden z pierwszych sygnałów, zanim ACTA stała się tak bardzo uwielbiana przez media. Dziś, w środku nocy, siedzę przy małym komputerku, oświetlonym przez kończącą się już, ostatnią żarówkę jaka została w Polsce, pisząc tekst, który (może nieco nonszalancko) nazwałem "ACTA - Moje rozwiązanie" i nie bez powodu! Bowiem przeczytałem umowę, przemyślałem ją i chciałbym Ci, drogi czytelniku, zaprezentować moje skromne przemyślenia, a nawet zaproponować konkretne rozwiązanie. Póki co jednak kilka szybkich punktów o mnie:
Ale przejdźmy do meritum sprawy.
ACTA sama w sobie, przy czytaniu nie sprawia wrażenia groźnej. Tu kończy się rozumowanie większości ludzi, którzy są "za": przykładowo Pana Hołdysa (co ewidentnie było widać w programie p. Tomasza Lisa), bowiem diabeł tkwi w... ogólnikach. A niestety, tych jest w ustawie sporo. Ale konkretnie (bo po szybkie konkrety tu przyszliście!) - co nie podoba mi się w ACTA:
Nie podzielam zdania tych którzy uważają, że czeka nas jakaś wielka cenzura po wprowadzeniu ACTA jednak mogę wymienić przynajmniej kilka powodów, dla których ACTA mi się nie podoba, a których to powodów tak często nie umieją wypowiedzieć protestujący! Świat jest tak zbudowany, że większość ludzi nawet nie wie co zawiera ACTA, a protestuje. Protestuje dlatego, że kolega protestuje, albo dlatego, że dostało zaproszenie na Facebooku. Czy trzeba ją czytać aby protestować? Nie, ale wypadałoby wiedzieć z czym się nie zgadzamy (bo jeśli się tego nie wie, to potem wychodzą różne kwiatki w wypowiedziach protestujących dla wieczornych wiadomości). Poniżej pozwoliłem sobie zaprezentować listę punktów antyACTA posortowaną od najbardziej dla mnie nieprzyjaznego do najmniej nieprzyjaznego:
Każda Strona zapewnia swoim organom sądowym, w cywilnych procedurach sądowych dotyczących dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej, prawo do nakazania sprawcy naruszenia, który wiedział lub miał wystarczające podstawy, by wiedzieć, że zajmuje się działalnością stanowiącą naruszenie, aby zapłacił posiadaczowi praw odszkodowanie odpowiednie dla zadośćuczynienia za szkodę, jakiej posiadacz praw doznał w wyniku naruszenia. Określając kwotę odszkodowania za naruszenie praw własności intelektualnej, organy sądowe Strony mają prawo wziąć pod uwagę między innymi przedstawione przez posiadacza rozsądne obliczenie wartości, które może obejmować utracone zyski, wartość towarów lub usług, których dotyczy naruszenie, wycenionych zgodnie z ceną rynkową lub sugerowaną ceną detaliczną.Nawet w tak ważnym punkcie jest nieco ogólników. Bowiem, jeśli rozsądne obliczanie wartości, będzie wykonywane tak, jak to bywa np. w Stanach Zjednoczonych..., zresztą, zobaczcie Państwo sami:
Artykuł 27: Prawo wewnętrzne a przestrzeganie traktatówTak więc najprawdopodobniej podpisujemy ogólny szkielet umowy, której doprecyzowanie będzie stopniowo odtajniane (a jak podaje WikiLeaks jest się czego obawiać).
Strona nie może powoływać się na postanowienia swojego prawa wewnętrznego dla usprawiedliwienia niewykonywania przez nią traktatu. Reguła ta nie narusza w niczym artykułu 46.
W sprawie ACTA (czyli de facto dla większości sporu o prawa autorskie) możliwe jest jedno rozwiązanie. Właściwie poniższy wywód jest propozycją przewartościowania poglądów dotyczących prawa własności intelektualnej (w tym prawa autorskiego).
Przypuśćmy, że Twój kolega kupił sobie książkę (powiedzmy za 60zł). Pokazał Ci ją, zainteresowałeś się i skserowałeś ją sobie oddając mu egzemplarz, który kupił. Teraz pytanie: Czy ukradłeś książkę koledze? Nie. Czy ukradłeś książkę autorowi? I tu się zaczyna odwieczny spór. Książki i tak nigdy byś nie kupił, bo nie jesteś nią aż tak zainteresowany (nie jest ona dla Ciebie tyle warta - ważne zdanie). Autor kompletnie nic więc na tym nie traci (będę bezczelny i powiem, że może nawet zyskać!). Inny przykład: Znany zespół wypuścił fajną MP3-jkę. Nie podoba Ci się ona aż tak, żebyś obsesyjnie dodawał zespół do swojej TOP10 ulubionych czy wypatrywał kiedy nowy krążek będzie w sklepie, chcąc go posiadać. Nie. Utwór jest całkiem przeciętny, do posłuchania na kilka razy... po prostu dla Ciebie nie jest aż tyle wart. Ściągasz go więc z jednego z serwisów. Czy ukradłeś utwór wykonawcy? No? Oryginał cały czas jest w posiadaniu wykonawcy, a kopia cyfrowa jest identyczna z oryginałem, więc czy wykonawca coś traci? W moim przekonaniu nie, a na pewno już nie jest to słownikowa definicja kradzieży w rozumieniu słownika języka polskiego, gdzie kradzież opisywana jest jako "zabranie cudzej własności" - jednak oryginał jest cały czas w posiadaniu autora, a kopii nie będziesz sprzedawał (co innego gdybyś na tym zarabiał!), ani też w rozumieniu art. 278 Kodeksu Karnego.
Dokładnie ten sam tok rozumowania, można przenieść na inne niematerialne rzeczy, jak zdjęcia, czy filmy.
Jak zapewne zauważyłeś, drogi Czytelniku, bardzo podkreślam zdanie "i tak byś nie kupił, bo nie jest ona dla Ciebie aż tyle warta". Jest to początek do sedna całego mojego rozumowania. Nie kupiłbyś, bo nie jest dla Ciebie aż tyle warta. Jednak na Twojej półce można znaleźć z pewnością wiele płyt. Sam mam kilka płyt za które dałbym znacznie więcej! Są dla mnie tak dobre.
Widzisz, najdroższy Czytelniku, nie zawsze tak było. Kiedyś podróżowałem po Turcji. Bardzo ładny i przebogaty kulturowo, krajobrazowo kraj. Jednak nic mnie tak nie nakręciło jak fakt, że ludzie na bazarach wszędzie się targują. Nie znajdziesz tam, Czytelniku, towaru, który miałby przypiętą metkę z ceną. Nigdzie. Cena ustalana jest na drodze negocjacji pomiędzy kupującym(i) a sprzedającym. Czysty kapitalizm. Cenę minimalną (będącą kosztem wytworzenia) zna sprzedający i poniżej niej prawdopodobnie nie zejdzie! Do czego zmierzam, Czytelniku. Prawa autorskie są dość nowym wynalazkiem. Dawniej, dobry muzyk zarabiał na datkach. Po prostu. Ludzie wrzucali mu tyle ile dla nich warta była jego piosenka. Wprawdzie nawet fonografy (poprzedniki gramofonów) nie pamiętają tych czasów, jednak w dzisiejszych czasach działałoby to równie skutecznie! Jak powiedział WCz. Janusz Korwin-Mikke w jednej ze swych ostatnich wypowiedzi "Prawa autorskie zostały niesamowicie rozdmuchane". No tak, tylko to stwierdzenie w niczym nam nie pomaga. Nadal mamy prawa autorskie.
Troszeczkę pomaga natomiast późniejsza wskazówka Pana Janusza, aby wrócić do 7-dmiu lat ochrony z możliwością wydłużenia rok rocznie do 11 lat - to jest już przemyślany konkret z których słynie Pan Janusz. Jednak nadal istnieje minimalna cena za niematerialną piosenkę, a zwykły słuchacz płaci tyle samo ile wielki fan zespołu (wszyscy po równo - niczym jakby i tam wkradł się socjalizm). Przez to właśnie, zwykli słuchacze szukają innej drogi aby posłuchać utworu (bo jest im wygodniej, dla nich często ta piosenka nie jest tyle warta, żeby opłacało się zalogować do banku i przelać 4 zł - po prostu!). Cały muzyczny światek zdaje się tego nie zauważać.
Ja jednak chce wywrócić wszystko z powrotem nogami na ziemię. I nie będę w tym gołosłowny!
Podam przykład Pana Martina Lechowicza, który utrzymuje całe, coraz bardziej popularne w sferach libertariańskich radio - KonteStację, z wieloma dedykowanymi audycjami - jedynie ze składek słuchaczy- fanów. Proszę - da się! (przy okazji szczere gratulacje ode mnie za pomysł). Martin, sam, jako bard, jest wspomagany finansowo przez fanów. Domyślam się, że wpływy są proporcjonalne do jakości jego wykonań i popularności (zapewne niektórzy słyszeli o nim tylko i wyłącznie przy okazji "Ballady o Podolskim" lub "Smutnym programiście"), jednak ten człowiek wydał już dwie płyty. Jedną z nich mam nawet u siebie. I może jeszcze jeden przykład z zagranicy. 
Przy okazji starych dobrych sposobów płatności za dobra niematerialne, których powielenie kosztuje pomijalnie mało (cyfrowe skopiowanie MP3 zużywa mniej niż 0,00003zł prądu, a więc znacznie mniej niż kwant waluty (1 grosz) jako minimalna opłata za coś), muszę dodać, że jest jeszcze jedna WIELKA zaleta takiego rozwiązania, o której nie myślą wielkie koncerny - transakcja, przekazanie pieniędzy, pomiędzy słuchaczem a artystą sprawia, że tworzy się między nimi "więź". Może to głupie, ale chyba nie tylko ja wrzucałem Gienkowi Losce (z biał. Hienadź Łoska) złotówki do futerału po gitarze, a potem chciałem aby wygrał X Factor. To przywiązuje człowieka do artysty. Dlatego właśnie tak ważne jest aby (już nie mówię wprowadzić), ale dążyć do takiego rozwiązania!
A już tak na marginesie mówiąc: może takie rozwiązanie ograniczyłoby ilość szmelcu jakim karmią nas koncerny muzyczne? Dobrzy artyści by wygrywali, kiepscy przegrywali w zdrowej konkurencji.
Czy zatem prawo autorskie powinno obowiązywać? Absolutnie TAK. Wydając płytę, nie chcę aby ktoś inny sprzedawał ją pod swoim (lub moim) nazwiskiem wyłączając mnie (jako autora) z zysku z mojej pracy (ważne wyłączenie z zysku). Państwo powinno honorować prawo tego typu. Proszę zobaczyć co się teraz dzieje: dzięki takiemu stanowisku, organy ścigania prześladowałyby jedynie tych, którzy faktycznie łamią moje prawo autorskie, a więc przykładowo podrabiają moje piosenki i sprzedają wyłączając mnie z zysku. Nie zajmowałoby się tysiącem stron umożliwiających wyszukanie i ściągnięcie MP3-jki na mój komputer. Skuteczność takich działań natychmiastowo by wzrosła.
Mam nadzieję, że godziny, dni, które spędziłem na rozeznawaniu się w sprawie ACTA komuś się przydadzą. Jednocześnie, udało mi się przy tym wyrobić własny, ciekawy pogląd na prawa autorskie. Być może udało mi się nim zarazić również Ciebie, Czytelniku. Serdecznie dziękuję za wspólnie spędzony czas.
| czacha (wystawiony dnia 2012-02-20 o 23:25) |
|
...ja p******* man! Pięknie napisane, obiema ręcami się podpisuję, a stronę dodaję do ulubionych!
Bless
Odp: Dziękuję. Bardzo mi miło, że się zgadzamy. |
Łukasz "Lukas" Wyporek
lukas.home.page@gmail.com